SZUKASZ POMOCY ?  

ZRÓBMY COŚ DOBREGO
bezinteresownie ... i anonimowo

Potrzebujesz pomocy, nie wiesz do kogo się zwrócić, napisz do mnie. Opublikuję Twój apel na mojej stronie. Może za pośrednictwem mojej strony znajdziesz pomoc, której potrzebujesz.

Nie mogę otworzyć tutaj regularnego serwisu internetowego, gdzie każdy mógłby wpisywać swoje prośby i sam redagować swoje anonsy, bo nie mam serwera, a jedynie korzystam bezpłatnie z grzeczności serwera "Digital Gospel". Ale jeśli przyślesz mi wiarygodne informacje, zdjęcie (najlepiej zeskanowane i o niewielkich rozmiarach) na adres: kazikk@sds.pl to postaram się to tutaj opublikować. Mam nadzieję, że ludzie dobrej woli pomogą Ci tak, jak pomogli mojej siostrzenicy ?

pozdrawiam serdecznie
ks. Kazimierz Kubat SDS


Od października 2001 do lipca 2002 dzięki pomocy Internautów, czyli dzięki Waszej życzliwości uzbierałem kwotę potrzebną na operację wszczepienia protezy lewego stawu biodrowego dla mojej siostrzenicy Magdy. Operacja odbyła się 22 sierpnia 2002 i Magda chodzi już o własnych siłach. Nie grozi jej tez wózek inwalidzki. Jestem Wam ogromnie wdzięczny. Do wielu z Was Magda wysłała osobiste podziękowania listowne. Wielu, których adresów nie zna podziękowała tylko emailem. Ale jest też wielu anonimowych ofiarodawców, których adresu ani pocztowego, ani emailowego nie znam. I dlatego tutaj składa im wszystkim serdeczne podziękowania. Bóg zapłać.

 


 

Jak pomóc ? Przecież Ty też możesz się kiedyś znaleźć w podobnej sytuacji ...

 

Drogi Ojcze,

 

Proszę, umieść mój apel. Bez pomocy dobrych ludzi już dalej nie poradzę sobie sama. Ciężka choroba męża bardzo odmieniła nasze życie.

Byliśmy bardzo szczęśliwym małżeństwem, wychowywaliśmy córeczkę. Mąż Mirosław pracował w Stoczni Szczecińskiej, zarabiał nieźle, żyło nam się spokojnie. Jesienią 1998r. (w 12-tym roku naszego małżeństwa) mąż zachorował na bardzo złośliwy nowotwór jądra prawego, co wykazało badanie USG z dnia 29.09.98r. Miał wówczas 41 lat. Lekarz wezwał mnie na rozmowę i powiedział: Pani mąż ma kilka miesięcy życia. Świat zawalił mi się przed oczami. Lekarz oznajmił mi, że podjęte będzie leczenie męża z uwagi na jego młody wiek, ale muszę wciąż pamiętać, na co mąż zachorował, co miało oznaczać, że leczenie to może mieć różny skutek, z czym trzeba się liczyć. Od 02.10.1998r. do 12.10.1998r, mąż przebywał w szpitalu. Markery nowotworowe we krwi były tak wysokie, że wskazania aparatury medycznej wychodziły poza skalę. W szpitalu usunięto mężowi jądro prawe i dla bezpieczeństwa część jądra lewego. Wynik histopatologiczny brzmiał: Ca embryonale i yolk sac tumor. Nowotwór złośliwy Ca embryonale (zwany też potworniakiem) jest jednym z najzłośliwszych form raka, trudno poddającym się leczeniu.

 

W okresach: 9.11.98 -13.11.98; 2.12.98r - 5.12.98; 04.01.99 - 15.01.99 i 08.12.99 - 11.02.99 - mąż przeszedł 4 kursy bardzo agresywnej chemioterapii. Cierpiał potworne bóle, wymiotował, stracił włosy i paznokcie. Chemię bardzo źle znosił. Oczekiwanie na każdy wynik było dla nas gehenną psychiczną. Mirek przeszedł na rentę, dlatego nasze dochody drastycznie spadły, a wzrosły wydatki na leczenie. Od 30.03.99r. do 13.04.99r. mąż przebywał w szpitalu. Bowiem, chemioterapia wywarła zły wpływ na jego układ krwionośny, dusił się (dusznica bolesna). Przeżywaliśmy ciężkie chwile, Mirek popadł w depresję. Chciał żyć, a jego życie było wciąż zagrożone.

 

W jednym z zaświadczeń lekarskich lekarz napisał: "...pacjent mimo stosunkowo młodego wieku nie jest zdolny do samodzielnej egzystencji ze względu na wzmożoną częstotliwość napadów dusznicy bolesnej, męczenie przy najmniejszym wysiłku. Pacjent znajduje się w stanie głębokiej depresji psychicznej ze względu na pełną świadomość i dokładną znajomość tematyczną schorzenia nowotworowego. Ca embrionale jest - jak wiadomo - jedną z najzłośliwszych postaci nowotworowych, wyjątkowo oporna na leczenie. Lęk przed śmiercią towarzyszy pacjentowi przez cały okres trwania tej choroby, gdyż rodzinie nie udało się ukryć rodzaju schorzenia".

 

Badania kardiologiczne potwierdzały złą pracę serca. Wynik badania USG jamy brzusznej z 14.11.2001r. wykazał przerzuty na węzły chłonne zaotrzewnowe, które potwierdził wynik tomografii komputerowej z 03.12.2001r. Z powodu tych przerzutów Mirek był w szpitalu od 27.12.2001r. do 11.01.2002r. celem ich usunięcia. Kolejne przerzuty pojawiły się w maju 2002r. (wynik USG jamy brzusznej). Lekarz onkolog uważał, że rokowania co do wyleczenia są bardzo poważne z powodu wznowy choroby. Wyniki USG z sierpnia 2002r. i grudnia 2002r. potwierdziły te przerzuty. Od 12.02.2003r. do 21.02.2003r. mąż przebywał w szpitalu z powodu tych przerzutów i przeszedł kolejną poważną operację na otwartej jamie brzusznej. Następne wyniki badań USG z lipca 2003r. i października 2003r. znowu wykazały zmiany w węzłach chłonnych. Rozpoznanie: meta... - czyli przerzuty. Cierpiał tak poważne bóle, że w październiku 2003r. kilka razy pomocy udzielało mu Pogotowie Ratunkowego. Lekarze widząc, na co mąż choruje, zapisywali leki przeciwbólowe - i odjeżdżali. Od 27.10.2003r. do 13.11.2003r. Mirek po raz kolejny przebywał w szpitalu. Wskutek usunięcia mu węzłów chłonnych zaotrzewnowych, wadliwa była gospodarka wodna organizmu. Przy trzustce pojawił się duży pęcherz z wodą, którą usunięto punkcją. Na ścianie żołądka wykryto krwawiącego wrzoda oraz zmiany narosłe na pęcherzu moczowym.

 

Jednocześnie, mężowi coraz bardziej dokuczała choroba niedokrwienna serca (jeden ze skutków agresywnej chemioterapii). Po serii specjalistycznych badań, mąż zakwalifikował się na operację wszczepienia by-passów. Żyły w jego sercu nie pracowały w 60-90%. Od 07.06.2004r. do 11.06.2004r. i od 27.09.2004r. do 29.09.2004r. Mirek przebywał w szpitalu z powodu zmian narosłych na pęcherzu (carcinoma papilare urothetiate G 1). Były one usuwane (wypalane) przez cewkę moczową. Od 14.10.2004r. do 26.10.2004r. mąż przebywał w szpitalu w związku z wszczepieniem mu 4 by-passów. Na 4 godziny była wyłączona praca jego serca. Na maj 2005r. wyznaczono kompleks badań w kierunku choroby nowotworowej. Tak wyglądają fakty, a na każdy z nich dysponuję dokumentem lekarskim.

 

Nie da się w kilku zdaniach opisać, jak bardzo ja, mąż i córka przeżywaliśmy chorobę męża. Córka pisała listy do Pana Boga: "Panie Boże, nie zabieraj mi tatusia". Ja także mocno się modliłam. By ratować życie męża, zadłużyłam się, wzięłam kilka kredytów, teraz nie jestem w stanie ich spłacać. Za wszelką cenę pragnęłam, aby mój mąż żył. Nawiązałam także kontakt z polskimi lekarzami z Centrum Medycyny Andyjskiej w Anglii. Mąż zażywał preparaty andyjskie m.in. wilcacorę. Dla mnie nie ulega żadnej wątpliwosci, że leki te pomogły. Ich koszt wynosił około 600 zł miesięcznie. Zastosowałam także dietę dla męża wg zaleceń lekarzy z Anglii. Miód zamiast cukru, ryby, orzechy, owoce cytrusowe, zielona herbata - wszystko, niestety, bardzo kosztowne. Całokształt choroby męża i walka o jego życie - odbiły się także na jego psychice. Nie jestem w stanie oddać słowami, co przeżywaliśmy na wieść o kolejnych przerzutach. To wszystko odbiło się również i na moim zdrowiu. Wiele razy Pogotowie Ratunkowe pomagało mi z powodu wysokich wartości nadciśnienia tętniczego. Jeden z lekarzy cały czas powtarza mi, że podziwia mnie za upór, siłę w tej strasznej chorobie, za bycie prawdziwą matką i żoną. Ale, nikt nie wie, jakie morze łez wylałam do poduszki, ile razy opadałam z sił. Do męża się uśmiechałam, a serce mi krwawiło. Rodziny: moja i męża są biedne, nie były w stanie wesprzeć nas finansowo. To my im pomagaliśmy, gdy mąż był zdrowy. Zwracałam się do ludzi bogatszych z prośbą o pomoc - odmawiali nawet pożyczki. Zwracałam się do różnych instytucji, prosiłam Telewizję Polską, wszystko bez echa. A trzeba mieć jeszcze na względzie, że mój mąż zachorował w okresie reformy służby zdrowia w Polsce, która do dziś znajduje się w stanie zapaści.

 

Cieszę się, że mąż żyje, że jest koło mnie. Ale, nasze życie bardzo różni się od życia innych rodzin, w których choroby nie ma. Niczego nie możemy zaplanować, nigdzie nie chodzimy. Nie wiemy - czy i kiedy choroba znowu uderzy.

 

Z powodu głębokich kłopotów finansowych spowodowanych wyżej opisanym zdarzeniami losowymi, trwającym już kilka lat - błagam o pomoc finansową, bym choć częściowo mogła wyjść z tych kłopotów. Wierzę, że są osoby czułe na czyjś ból. Przecież to niemożliwe, by było inaczej.

 

Grażyna Prożek

70-407 Szczecin

ul. Obr. Stalingradu 9a/12

telefon domowy: (091) 433-94-57

e-mail: grapro@mx1.mtnet.pl

 

karta informacyjna o chorobie Pana Mirosława

 

konto: Bank Ochrony Środowiska Oddział w Szczecinie

 Al. Jedności Narodowej 6, 70-415 Szczecin

 Grażyna i Mirosław Prożek

 nr 44 1540 1085 3001 5301 2636 0001

 

Pozdrawiam z całego serca, Grażyna

ks. Kazimierz Kubat SDS

 


 

Niepełnosprawna Kinga dostanie 10 groszy na swoje leczenie, jeśli wejdziesz na jej stronę.

 

Kinga jest jednym z setek, a może nawet tysięcy dzieci cierpiących na (rzekomo) nieuleczalną chorobę. Ta "nieuleczalność" jakże często jest raczej po stronie polskich nieuleczalnie chorych służb medycznych. Wszyscy wiemy, jak i dlaczego tak to wygląda. Ludzie odpowiedzialni za taki stan rzeczy nie przejmują się dziećmi takimi jak Kinga. Niestety wszystkie takie dzieci, skazane są nie tylko na kalectwo, ale i na niedogodności życia najczęściej z powodu niedostępności najprostszych materiałów, sprzętu i lekarstw. W takich wypadkach tylko wzajemna solidarność i pomoc ze strony jak największej liczby zwykłych ludzi może przynieść wymierne efekty.

 

Kinga urodziła się w 1997 roku z ciężką wadą układu nerwowego z przepukliną oponowo- rdzeniową i wodogłowiem. Wada ta powoduje, że dziecko ma niedowład kończyn dolnych i nie chodzi od urodzenia. Rodzice mają nadzieję na to, że Kinga  nauczy się samodzielnie chodzić. W związku z tym konieczny jest udział Kingi w turnusach rehabilitacyjnych oraz zapewnienie jej odpowiedniego sprzętu. Niestety koszty rehabilitacji znacznie przewyższają możliwości rodziców.

 

Wystarczy kliknąć na jej obrazku (obok) i wejść na stronę Kingi, aby dowiedzieć się więcej o jej kalectwie i odwiedzić stronę jej sponsora, wrocławskiej firmy internetowej SISCO, która obiecała za każde kliknięcie (wejście na swoją stronę) 10 groszy dla Kingi.

 

Stronę Kingi tworzą członkowie Grupy odnowy w Duchu Świętym w Leśnej i zapraszają także na swoje strony: www.jeruzalem.alleluja.pl oraz www.odnowalegnica.alleluja.pl

 

PKO BP XV O/Warszawa 50 1020 1156 0000 7902 0007 7248
z dopiskiem: darowizna na leczenie i rehabilitację Kingi Sazońskiej

Tu możesz sprawdzić wiarygodność

Sprawdziłem wiarygodność danych i zapewniam, że nie jest to naciąganie.

ks. Kazimierz Kubat SDS

 


 

DO WSZYSTKICH LUDZI „WIELKIEGO” SERCA

 Wiadomość – apel sprawdziłem i nie jest to naciąganie.

Drodzy Państwo

 

Moja córeczka, Karolina ma 11 lat.

Choruje na bardzo rzadkie i poważne schorzenie neurologiczne Zespół RETTA (jest to schorzenie mające cechy porażenia mózgowego i autyzmu). Dzięki intensywnej rehabilitacji uczyniła duże postępy, samodzielnie siada, choć nikt nie dawał jej na to wielkich szans. Karolina jest bardzo pogodną uśmiechniętą dziewczynką, mimo swojego cierpienia .  Karola miała być „ roślinką”, która nie będzie mówić, siedzieć, stać, o chodzeniu nie mówiąc. A jednak usiądzie bez niczyjej pomocy ! Po siedmiu latach powiedziała mama i to była najpiękniejsza dla mnie chwila. W chwili obecnej córka jest intensywnie pionizowana. Mimo iż wkładam dużo serca i wysiłku w rehabilitację córeczki, to nie jestem w stanie zapewnić jej takiej stymulacji jakiej wymaga aby mogła samodzielnie stanąć na własnych nóżkach, dlatego musimy korzystać z pomocy specjalistów. Jednak nasze wysiłki nie są bezowocne. Karolina przez krótką chwilę stoi podtrzymywana. Karolcia musi być stale specjalistycznie rehabilitowana. W tym celu musi brać udział w turnusach rehabilitacyjnych, oraz w codziennej długotrwałej rehabilitacji i stymulacji. Potrzebny jest jej także pionizator - zalecony przez lekarza. Wiąże się to jednak z ogromnymi wydatkami. Niestety wychowuję Karolinę sama. Jestem bezsilna wobec wysokich kosztów potrzebnego sprzętu. Przybliżony koszt jednego turnusu wynosi 3.500. zł., a moje dochody są zbyt małe abym mogła uzbierać taką sumę kilka razy do roku. Oszczędności, które miałam w całości „poszły” na leczenie Karoliny, dlatego proszę o pomoc, choć nie przychodzi mi to łatwo. Karolina zrobiła wiele, ale potrzebuje pomocy. Jestem przekonana i głęboko w to wierzę, że kiedyś samodzielnie wstanie i zrobi choć kilka kroków. Dlatego zwracam się do wszystkich instytucji i ludzi czułych na cierpienie dzieci z prośbą o wsparcie finansowe. Pomóżcie Państwo wrócić Karolinie do „zdrowia” . Nie pozwólmy, aby jej cierpienia i efekty przebytych operacji poszły na marne.

Mama Karolinki.

 

Wszelkie ewentualne wpłaty proszę kierować na konto:

FUNDACJA DZIECIOM ZDĄŻYĆ Z POMOCĄ

PKO BP XV O/WARSZAWA

50 1020 1156 0000 7902 0007 7248

z dopiskiem:

na leczenie i rehabilitację KAROLINY WIERZCHOWSKIEJ.

 

kontakt z nami:

tel. 022/870.40.78. 

04-077 Warszawa

ul.Grochowska 219/18

 

ADRES FUNDACJI:

ul. Łomiańska 5

 01-685 Warszawa

http://www.fundacja.dzieciom.pl

tel: : 022/ 832.19.25; 022/ 832.19.26

 


Łukasz Cichocki - niepełnosprawny, zbiera na wózek inwalidzki

 

Witam serdecznie drogi Księże Kazimierzu!!! Wierzę głęboko, że właśnie Ks. i czytelnicy  Księdza strony będziecie mogli mi pomoc. Jestem Łukasz, mam 27-lat. Jestem niepełnosprawny od urodzenia, niedowład wszystkich 4 kończyn oraz porażenie mowy. Obecnie mieszkam w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym (ZOL) w Płońsku. Za pobyt tu płacę 70% swojej renty socjalnej, która wynosi 418 zł.  Od kilku lat próbuję załatwić nowy specjalistyczny wózek inwalidzki. Specjalistyczny z powodu mojej choroby. Można kupić taki wózek, lecz niestety nie stać mnie na to, z powodu braku środków materialnych, Dlatego mam założone konto i zbieram na taki wózek. Mimo mojej niepełnosprawności jestem człowiekiem bardzo aktywnym, pełnym życia i energii.

Dlatego zwracam się z uprzejmą prośbą o pomoc w załatwieniu niezbędnego mi wózka, lub o ewentualne pieniążki na taki wózek, który jest bardzo potrzebny w moim niepełnosprawnym życiu. Wózek który obecnie posiadam, jest już w opłakanym stanie. Proszę także o opublikowanie tej  mojej prośby na Księdza super stronie. Wysyłam opis i zdjęcia tego wózka o który mi chodzi, który kosztuje 5.000 oraz dołączam swoje zdjęcie i dokument o mojej niepełnosprawności. Jak również nr konta, na które można ewentualnie przesyłać pieniądze. Bardzo serdecznie proszę o pozytywne rozpatrzenie mojej prośby. Z góry składam gorące dzięki (Bóg zapłać !!!) tym którzy w jakikolwiek sposób mi pomogą. Za wszystkich obiecuje gorącą nieustanną modlitwę.

 

Oto mój nr konta:

bank PKO

ul. Młodzieżowa 28

09-100 Płońsk

nr. 38  10201592  333964107

 

I mój adres:

Łukasz Cichocki

ZOL

ul. Ks. R. Jaworskiego 2

09-100 Płońsk

tel. 23/ 662-82-20 

a także mój nr GG 1898532

cichawoda8@o2.pl

 

Z okazji minionych już świąt z całego serca życzę: Wiele miłości, radości i pokoju, oraz wszelkiego błogosławieństwa od Nowonarodzonego Chrystusa. Opieki Niepokalanej, która zrodziła nam największą nadzieje i miłość, która nigdy nie przemija. Dużo zdrowia, pogody ducha, oraz szczęśliwego nowego roku 2004.  Życzy z wyrazami szacunku:

 

Łukasz  Cichocki


 

Czy ktoś może pomóc ? Jak sądzę coraz więcej będzie w naszej ojczyźnie tego rodzaju tragedii ...

 

Drogi Ojcze!

W Tobie odnajduję nadzieję na wyjście z tragicznej sytuacji, w której się znalazłam. Trudno jest w paru słowach opisać stan ducha, który towarzysz mi każdego dnia, brak nadziei i zmęczenie. Jestem zrozpaczona!!!

Choruję na nowotwór złośliwy piersi, mąż mój od 10 lat choruje na stwardnienie rozsiane, oboje jesteśmy na rencie inwalidzkiej I grupy mamy dwoje uczących się dzieci. Jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji finansowej, brakuje nam pieniędzy na jedzenie nie mówiąc już o lekach (dokumentacje medyczne do wglądu ojca). Od kilku miesięcy jadamy raz dziennie. Nigdy nikogo nie prosiłam o pomoc, bo szukanie pomocy u osób trzecich jest dla mnie upokarzające, ale nie mam wyjścia (mam zaległości w płaceniu rachunków).

Zwracam się do Ciebie Ojcze pomóż mi znaleźć kogoś kto pomógłby mi wyjść z impasu, bo nie mam już siły ani do życia, ani do walki z chorobą ( jestem po amputacji obu piersi, biorę chemię, po której czuję się coraz gorzej ), kogoś kto poda mi rękę i pozwoli godnie walczyć o życie.

Wybacz mi chaotyczność moich słów, ale jestem w takim stanie psychicznym, że nie potrafię już logicznie myśleć.

Bożena Gadzinowska

================

Ufam ludziom proszącym o pomoc, ale chcąc wiedzieć coś więcej poprosiłem o wyjaśnienie i kilka bardziej dokładnych informacji. Następnego dnia otrzymałem –jak sądzę wyczerpujące- wiadomości. Oto list Pani Bożeny. Obiecałem go opublikować (za Jej zgodą) i prosić Was o pomoc, a przynajmniej o modlitwę.

================

Szczęść Boże Ojcze

Dziękuję Ci Ojcze za tak szybką odpowiedź i zainteresowanie się moją prośbą. Jest to dla mnie bardzo ważne, bo uświadomiło mi to, że jest na świecie ktoś tak bardzo " namacalny ", komu mogę powierzyć swoje rozterki i kłopoty, swój strach, który towarzyszy mi każdego dnia.

Wiele razy modliłam się do Boga, aby postawił na mojej drodze kogoś, kto będzie mi przyjacielem. Bóg postawił mi Ciebie Ojcze.

Kilka słów o mnie i mojej rodzinie: mieszkam w Świnoujściu, mam 50 lat, jestem mężatką, mam dwoje wspaniałych, kochających dzieci - syna 23 lata i córkę 18 lat. Syn studiuje na Uniwersytecie Szczecińskim, córka w tym roku zdała maturę i dostała się na Akademię Rolniczą też w Szczecinie. Oboje rozumieją trudną sytuację dlatego " chwytają się " każdej pracy, aby zarobić sobie na naukę, niestety są to grosze, które wystarczają jedynie na przybory szkolne. Oboje ciężko pracowali przez całe lato, niestety pracodawca córki do dzisiaj nie wypłacił jej pieniędzy, a to co zarobił syn poszło na życie. Dzisiaj oboje rozważają przerwanie nauki i pójście do pracy. Od 3 tygodni szukają stałego zatrudnienia jednak z negatywnym skutkiem. W Świnoujściu jest duże bezrobocie, nie ma pracy, a jeśli już coś jest to tylko dla osób z solidnym wykształceniem, a oni są tylko po Liceum Ogólnokształcącym.

Chwilami zastanawiam się - czy mam prawo zamykać im drogę do lepszego życia, do tego by rezygnowali ze swoich marzeń, czy powinnam zrobić wszystko by jednak przy nich trwali? Przecież moje życie kończy się, a ich zaczyna. Nie wiem co robić!!!

Do 1990 r. byliśmy szczęśliwą, otwartą na ludzi rodziną. Żyliśmy skromnie, ale godnie. W czerwcu 1990 r. mój mąż zachorował na stwardnienie rozsiane. Diagnoza jak wyrok śmierci zawisła nad naszymi głowami. Wszystko w naszym życiu zaczęło się zmieniać. Częste rzuty choroby, a każdy z nich pozostawiał jakiś ślad w postaci niedowładów kończyn dolnych i górnych, częste pobyty w szpitalu, w Szczecinie oddalonym od Świnoujścia o 100 km., leki, kosztowna rehabilitacja - to wszystko zaczęło uszczuplać nasz budżet domowy. Dzisiaj mój mąż jest osobą nieczynną ruchowo, załatwia się pod siebie, porusza się na wózku inwalidzkim, potrzebuje stałej opieki osób trzecich, a do tego wszystkiego dołączyły zmiany psychiczne - trudno się z nim komunikować.

Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. I tak chyba jest w istocie, bo jakby tego było mało w lutym 2000 r. stwierdzono u mnie nowotwór złośliwy piersi. Przeszłam chemio i radioterapię. Nastąpiła remisja choroby lecz na krótko, bo w czerwcu 2002 r. ( znowu czerwiec!!! ) podczas rutynowej kontroli lekarskiej wykryto wznowę w piersi leczonej i przerzut do drugiej piersi. Tym razem musiałam poddać się mastektomii ( amputacja piersi ). W lipcu 2002 r, odjęto mi jedną pierś, w sierpniu drugą. W badaniu histopatologicznym stwierdza się: rak inwazyjny drugiego stopnia złośliwości wg skali Blooma, niezależny hormonalnie czyli trudniejszy w leczeniu - rokowanie poważne. Zaświadczenie lekarskie.

We wrześniu 2002 r. poddana zostałam chemioterapii jako terapii uzupełniającej, która nie przyniosła żądanego efektu, bo nastąpiła wznowa wokół szwu pooperacyjnego. Zmieniono rodzaj chemii i wydawało się, że ta będzie skuteczna. Stracona nadzieja odżyła na nowo. Na krótko! Mój organizm zmęczony leczeniem, wyniszczony chemią coraz trudniej znosi kolejne dawki trucizny. Zniszczony szpik kostny nie produkuje białych ciałek i krwinek płytkowych krwi. Walka o dobre parametry krwi coraz częściej przedłuża czas między kolejnymi cyklami podawania chemii. Komórki nowotworowe w tym czasie namnażają się, tworząc nowe guzy nowotworowe. Od czerwca 2002 r, praktycznie co miesiąc jestem hospitalizowana na okres dwóch - trzech tygodni. Znoszę to bardzo ciężko tym bardziej, że szpital, w którym się leczę jest w Szczecinie, a więc z dala od domu. Jest to mój dramat, bo niczego bardziej na świecie nie pragnę jak wyzdrowieć, bo przecież jestem tak bardzo potrzebna tutaj i teraz!

Powiedz mi Ojcze - dlaczego? Dlaczego właśnie teraz? Tak bardzo boję się śmierci. Tak bardzo boję się cierpienia. Czy jest to jakaś próba, przez którą musimy przejść?

Przez ostatnie dwa lata życie często stawiało mnie przed wyborem - ratować zdrowie męża i moje życie, czy opłacać na bieżąco rachunki. Mąż i ja jesteśmy na rentach inwalidzkich. Skromny budżet domowy zmusił mnie do wybrania tego drugiego. Z miesiąca na miesiąc popadam w coraz większe długi. Kiedy zaczynam płacić zaległe rachunki nie mamy pieniędzy na leki i chleb. Od paru tygodni nie jemy obiadów. Nie dam sobie sama rady, a na nikogo nie mogę liczyć. Wszyscy odwrócili się od nas jak od trędowatych. Zostaliśmy sami ze swoim cierpieniem i bólem. Bezsenne noce i strach przed jutrem zmusiły mnie do rezygnacji z dumy i cierpienia w cichości. Po raz pierwszy w życiu poprosiłam kogoś o pomoc. Odezwałeś się tylko Ty Ojcze i jestem ci za to z całego serca wdzięczna. Przywróciłeś mi Ojcze wiarę w ludzi.

Proszę Cię Ojcze o wsparcie duchowe - tak bardzo tego potrzebuję. Proszę Cię o modlitwę w intencji naszego wyzdrowienia. Nie odchodź od nas - proszę.

Bożena Gadzinowska

ul. B. Chrobrego 18/27

72-600 Świnoujście

tel. + 48 (91) 321-34-72

bozenagadzinowska@wp.pl

 

I kolejny list Pani Bożeny

 


 

Zadłużeni po uszy

A może jakiś prawnik tutaj pomoże, bo nasze prawo jest niestety nadal prawem dżungli ...

Szukając w internecie ofert pracy natknąłem się na tę stronę, zwrócę się z pytaniem i prośbą, ale muszę opisać pokrótce co mnie zmusiło do takich kroków. Jestem w małżeństwie od 13 lat, mam dwoje dzieci, dom i stary samochód na raty, wszystko wygląda idealnie, ale zdarzyło się coś co odmieniło moje życie w koszmar. Nie zawsze byłem idealnym mężem i ojcem, zdarzało mi się nadużywać alkoholu, w 2001 roku moją żonę zwolniono z pracy, do tej pory nie wiem do końca i dokładnie za co, nie chce na ten temat ze mną rozmawiać (boi się i wstydzi), odejście z pracy nie byłoby niczym najgorszym, ale wiązało się ono z uregulowaniem ogromnej kwoty ok. 70.000 zł. (piszę około, bo musiałbym sięgnąć dokumenty i zliczyć co do grosza), nie wiedziałem wówczas dlaczego tak się dzieje, żona powiedziała mi jedynie, że przez osobę, której pomagała, wpadła i musi uregulować karę, nie czekałem długo zapożyczyłem się u swojej rodziny i wpłaciłem te pieniądze, a żeby oddać rodzinie, zaciągnąłem pożyczkę pod zastaw domu, wówczas wziąłem jej na polskie złote 80.000 (pożyczka była we frankach, a wiadomo jak od 2001 roku skoczyła ta waluta do góry i obecnie mam do spłaty wraz z zaległymi odsetkami ponad 110.000 zł), żona w między czasie szybko podjęła decyzję, że musimy zarabiać więcej, żeby mieć na spłatę pożyczki i podjęła działalność handlową, podpisała umowę licencyjną z naszym przyszłym dostawcą i otworzyliśmy sklep w dużym CH.

Jak później się okazało, trzeba było jeszcze wziąć kredyty na ok. 40.000 zł., gdyż wg umowy najmu, lokal trzeba było samemu wyposażyć od podstaw, dokonaliśmy tego, otworzyliśmy lokal. I od tej pory zaczęły się sypać wszystkie moje plany, w związku ze zwolnieniem małżonki wkroczył prokurator, tragedia, miałem wówczas ochotę zabić żonę, ale matka moja mi pomogła trochę finansowo i duchowo. Teraz pokrótce opiszę co wyszło, prokuratura uznała, że jestem winny też w sprawie w której główną podejrzaną jest żona, tylko dlatego, że jestem jej mężem i robiła coś na moje nazwisko (nie działała broń Boże w mafii), zabezpieczyli dom, którego jestem właścicielem, oczywiście nasza prokuratura bardzo przyłożyła się do swojej pracy, i jak to określił znajomy z sądu potraktowała tę sprawę jako polityczną, choć małżonka nigdy nie należała do partii, dostałem postanowienie, że zabezpieczenie jest na kwotę kaucji do 107.000 zł. (to oczywiście było do przejścia, gdyż zazwyczaj kara jest dużo mniejsza, dowiedziałem się od znajomego) okazało się, ze w między czasie prokuratura wydała drugie postanowienie i zwiększyła sobie kaucję przymusową do 720.000 zł. (ja tego postanowienia nie otrzymałem, pracowałem wówczas w delegacji a żona leżała w szpitalu, była w ciąży zagrożonej-dziecko i tak się urodziło o 1,5 m-ca wcześniej, pomimo przeleżenia całej ciąży) a zarzut, który ciąży na żonie tj. 300.000 zł. z czego większość uregulowała, zostało 72.000 zł. ale nie w tym rzecz, chciałem sprzedać dom i uregulować wszystkie długi (nieświadom tego, że prokuratura zwiększyła zabezpieczenie), teraz nie mogę tego zrobić, jak to widać powyżej. Znajomi śmiali się ze mnie, że nie przepisałem domu na kogoś innego, a skąd ja mogłem wiedzieć, że coś takiego mnie spotka, że własna żona dopuści się takich długów. Na domiar złego ja straciłem pracę, jestem na zasiłku, żona obecnie jest na wychowawczym i dostaje zasiłek wychowawczy.

Sklep musieliśmy zlikwidować, pod nieobecność żony pracownice oszukały nas, a i tak czynszu nie płaciliśmy regularnie gdyż z kwoty 2800 przez niespełna rok podskoczył do 4.500 zł, za lokal 20m, po likwidacji sklepu zostały nam do spłaty 4 kredyty (zaciągnięte też przez rodzinę żony) na kwotę 27.000 zł. należności u kontrahentów ok. 10.000 zł nasze pożyczki w linii ROR 10.500 zł. i pożyczka od rodziny na zapłacenie zaległego czynszu 20.000 zł., to nie koniec, jak się okazało, że nie mam pracy przestaliśmy płacić pożyczkę hipoteczną, gdzie jeszcze nie jest wpisana w księgę wieczystą, bo nie mieliśmy pieniędzy na wpis, bank nam grozi odsetkami karnymi, wypowiedział nam umowę o pożyczkę, czeka mnie sprawa w sądzie i ciągle dostaję pisma komornicze do uregulowania należności. Bank w którym zaciągnęliśmy pożyczkę, chce nam iść na rękę, i jeżeli wpłacimy na poczet pożyczki 14.000 zł. to przywróci nam na pewien czas umowę pożyczki, a co za tym idzie nie będą liczyli karnych odsetek. Wiem, że jeżeli przeczytają to osoby z mojego miejsca zamieszkania, od razu skojarzą o kogo chodzi, ale trudno to nie ja mam się wstydzić tylko moja żona (jest osobą po studiach a tak zgłupiała), nie mogę przecież zostawić jej, a co z dziećmi, przecież nie zabiję jej i dzieci, żeby było mi lżej, chyba nie tędy droga, ale niestety nasze kochane władze to nie obchodzi (pomoc społeczna nie ma pieniędzy na pomoc takim jak ja), obecnie jestem bez środków do życia, mam zaległe rachunki za śmieci, telefon i wodę, płacę wszystkie z opóźnieniem, zaległe mam 3-raty za starego Poloneza (92 r), większość pieniędzy idzie na zakup specjalnego mleka i kaszek dla naszego dziecka, jest alergikiem nawet zwykłych pieluch nie mogę jej zakładać, moja siostra przeze mnie nie ma pieniędzy na utrzymanie, oddała mi wszystkie swoje odłożone pieniądze (10.000), abym mógł zapłacić cześć długów.

Nie wiem co mam robić, wielkimi krokami zbliża się zima, tamtej zimy grzałem w domu 12 stopni, bo nie miałem na paliwo i przez to moja córeczka najmłodsza, ciężko zachorowała na zapalenie płuc i miesięczne dziecko musiało leżeć w szpitalu, lekarz powiedział mi, że mogę iść na kolanach do Częstochowy i dziękować Bogu, że przeżyła, była wcześniakiem ważyła tylko 2,5 kg i do tego odwodniła się oraz była wygłodzona, gdyż bardzo wymiotowała. Po szpitalu żona i moje dzieci mieszkały u moich rodziców w mieszkaniu 40 m. Obecnie córka jest zdrowa, nadrabia to co straciła, tylko pozostała nam rehabilitacja, miała wylew krwi do mózgu i przez to są problemy ruchowe, ale powoli wracają jej siły. Nadmienię jeszcze, że wszystko co dot. działalności było robione na moje nazwisko, gdyż płaciłem mniejszy ZUS, także wszystkie długi muszę spłacać ja, a pracowałem uczciwie, pracowników zarejestrowałem i w ZUS-ie też mam zaległość ok. 2000 zł. Proszę o jakąkolwiek odpowiedź nawet tą na nie, jeżeli ktoś się zainteresuje moją sprawą, mogę w każdej chwili przesłać, wszystkie potrzebne dokumenty włącznie tymi z sądu dot. sprawy. Proszę i błagam o pomoc, nie wiem co mam robić, czasami mam ochotę rzucić się z mostu i zostawić wszystkie problemy poza sobą. Wspomnę mamy obydwoje tylko 790 zł miesięcznie gdyż od mojego zasiłku pobierają odsetki z tyt. kredytu ROR, a zasiłek jest tylko przez rok, a pracy w moim zawodzie nigdzie nie ma.

Moje dane:

Krzysztof Kazimierz Grzelak

Płock 09-408,

Borowiczki Pieńki 4E,

tel. (024)264-89-82

ewentualnie: 0601-291-627

gral@konta.plo.pl

konto: BPKO SA I O/Płock

10801314-188186-894000-27004

 

Mam z człowiekiem kontakt e-mailowy. Nie mam innej możliwości zweryfikowania jego informacji, bo pracując obecnie na Komorach, nie mam szans na zadzwonienie do niego.


 

Niesamowita historia Romana Baniewicza

 

Człowiek sparaliżowany, który porozumiewa się z otoczeniem tylko ruszając powiekami. Serdeczne polecam tę stronę i osobę dzielnego Romka, któy nie chciał umrzeć.

Pół roku w sali śmierci

Lekarzy i pielęgniarki dzieli na dwie grupy: tych, którzy mają powołanie, i tych, którzy nie mają. Doświadczenie boleśnie podpowiada mu, że niestety większość nie ma. Dwa miesiące na OIOM-ie zostaną w pamięci cały czas w pełni sprawnego umysłowo pacjenta chyba na zawsze.

- 12 marca przyszło trzech sanitariuszy i wzięli mnie razem z łóżkiem. Trafiłem na oddział neurologiczny, do dwuosobowego pokoju nazywanego przez personel umieralnią. Przez sześć miesięcy zmieniło się tam kilkunastu moich sąsiadów. Przeżyłem tylko ja i jeszcze jeden. Reszta zmarła, ale zanim pielęgniarki zorientowały się, że pacjent nie żyje, często mijało kilkanaście godzin. Leżałem więc obok nieboszczyka i nikt się tym nie interesował. Lekarze byli przekonani, że nie jestem świadomy tego, co jest dookoła. Pytali o moje samopoczucie, a ja nie reagowałem, tylko patrzyłem.

To co dalej mrugając powiekami opowiedział nam człowiek o którym lekarze myśleli, że jest żywym trupem, mogło by zapewne być podstawą do niejednego śledztwa w sprawie zaniedbania obowiązków lekarskich i łamania etyki zawodu. Baniewicz woli mówić o poniżeniach jakich doznawali inni. Pamięta człowieka, któremu pielęgniarka źle wkłuła kroplówkę - zsiniał i spuchł, ale nikogo to nie obchodziło, pewnie gdyby nie to, że przyjechała rodzina i narobiła hałasu, człowiek by umarł. Wszystko to widział i nic nie mógł zrobić. Były też takie momenty, gdy młode pielęgniarki myjąc go naigrywały się z jego męskości. Dokładnie pamięta jak jedna z nich wykonywała, śmiejąc się z niego, niedwuznaczne ruchy w okolicy jego członka. Innym razem mył go rosły sanitariusz ...

Koniecznie zajrzyj na tę stronę: http://www.baniewicz.prv.pl/


POMÓŻMY DANIELOWI!

 

Pragnę abyście zamieścili mój apel na Waszej stronie.

Mam na imię Michał Kaźmierczak i chcę pomóc mojemu koledze Danielowi Karalus, który choruje na postępującą dystrofię mięśni Zostało niewiele czasu aby zebrać potrzebne pieniądze! Oto treść apelu, który chciałbym zamieścić:

 

Daniel Karalus ma 18 lat, cierpi na postępującą dystrofię mięśni.

Do niedawna zdrowy i sprawny, podjął swoją pierwszą pracę, która dawała mu wiele satysfakcji. Teraz stanął w obliczu śmierci, która czeka go za około 3 lata! Choroba zaatakowała znienacka i postępuje w bardzo szybkim tempie! Rodzice Daniela szukali pomocy wśród polskich lekarzy. Okazało się, że ostatnią nadzieją jest klinika na Ukrainie.

Rodzina Państwa Karalusów nie jest w stanie uzbierać 60.000 złotych na operację, która może być przeprowadzona w NATIONAL UNIVERSITY CLINIC RESEARCH CELL EMBRYO CENTRE KIER-UKRAINA. Jeden z braci Daniela jest po ciężkim porażeniu mózgowym i wymaga rehabilitacji a jego ojciec otrzymał niedawno wypowiedzenie z pracy. Czasu więc pozostało niewiele!

 

Dlatego zwracamy się do wszystkich ludzi dobrego i otwartego serca o pomoc, licząc na hojność i zaangażowanie a także o modlitwę!

CZY MOŻEMY URATOWAĆ DANIELA?

 

Wpłaty prosimy kierować na poniżej wymienione konto:

 

GOSPODARCZY BANK SPÓLDZIELCZY w MOSINIE
ul. DWORCOWA 9
62-050 MOSINA
nr konta 90480007-4936-27006-1
"Pomoc Dla Daniela"

 

Z wdzięcznością i wyrazami szacunku 

Rodzina i przyjaciele Daniela.

 

W razie jakichkolwiek pytań proszę dzwonić do mamy Daniela p. Elżbiety Karalus

numer telefonu: (061) 8-138-121 lub (061) 8-138-168

 

PS: Dołączam zdjęcie Daniela a także skan dokumentacji choroby dla potwierdzenia oryginalności. W razie pytań podaję adres e-mail hybryda2000@wp.pl tel.(061)8-670-919

 

Z wyrazami szacunku i z prośbą o szybką interwencję!

Michał Kaźmierczak

 

*********

Ja sam zaś zweryfikowałem prawdziwość apelu i świadczę o jego rzetelności.

Ks. Kazimierz SDS

 


 

Polska rodzina potrzebuje pomocy

(wiadomość sprawdzona)

 

Jestem w bardzo trudnej sytuacji materialnej. Wpadłam w długi (5,000$). Mój mąż ma rentę 150 $. Ja mam również 150$ miesięcznie Utrzymujemy rodzinę. Mamy dwoje chorych na astmę dzieci. Brakuje nam pieniędzy na zapłacenie bieżących rachunków, lekarstwa ubrania i jedzenie. Prawdopodobnie stracę mieszkanie. Informacje powyższe można sprawdzić na Opiece Społecznej w Sochaczewie. Proszę mi pomóc. Jeśli znasz kogoś lub jakąś organizację, która mogłaby nam pomóc to proszę poślij im ten list. Proszę nam pomóc.

 

Mój adres:

Taras Magdalena

ul. Zamyskiego23

96-500 Sochaczew

woj. Mazowieckie

Poland

phone: (48) 46 863-13-70

e-mail: magda474@wp.pl

 

Nr rach. BGŻ o. W Łowiczu filia nr 2 w Sochaczewie

20301882-291785-2704-11

Z góry dziękuję za pomoc        Taras Magdalena

 

Bardzo serdecznie dziękuję za zamieszczenie mojego apelu na swojej stronie internetowej. Mam nadzieję, że jednak uda mi się zebrać chociaż część pieniędzy. Jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję imodlę się za zdrowie księdza. Bóg zapłać za dobre serce.

Taras Magdalena

***********************************************

Błagam wszystkich odwiedzających tę stronę o pomoc. Jestem w ogromnie trudnej sytuacji finansowej. Dwa lata temu prowadziłam Kiosk Ruch. Niestety ta działalność nie szła dobrze i przez to popadłam w ogromne długi na sumę ok. 25 tyś zł. Do tej pory udało mi się spłacić 8 tyś. zł. Obecnie nie mam pieniędzy na spłacanie tego długu. Mój mąż jest na rencie i otrzymuje 630 zł. miesięcznie. Ja zarabiam 800 zł. ale nie odbieram nic z mojej pensji ponieważ połowę zabiera mi Komornik a drugą połowę Bank za kredyt. Ruch wprawdzie rozłożył mi dług na raty ale po 1000 zł każda rata czyli więcej niż mąż odbiera renty. Teraz domaga się natychmiastowej spłaty całego długu. Nie mam pieniędzy na zapłacenie ponieważ z 630 zł. muszę utrzymać pięcioro dzieci, opłacić rachunki za wodę i prąd i wykupić leki. Dwoje najmłodszych dzieci w wieku 9 i 5 lat jest chore na astmę. Nie jestem w stanie opłacić bieżących rachunków, kupić leków a nawet kupić żywności. Co miesiąc stoję przed dylematem co kupić: czy jedzenie, czy leki, czy opłacić rachunki. Boję się, że w najbliższym czasie komornik zajmie mi dom i zostanę z dziećmi bez niczego. Ten dom jest dorobkiem całego mojego życia. Błagam o pomoc ludzi, którym nie jest obojętny los mojej rodziny. Chcę sprzedać dom aby spłacić długi. Może ktoś kto czyta ten apel chciałby kupić mój dom. Jeżeli ktoś nie wierzy moim słowom może to sprawdzić w Ośrodku Opieki Społecznej w Sochaczewie, który pomógł mi trochę finansowo na kupienie leków i żywności na święta. Może ktoś byłby w stanie pożyczyć mi tę kwotę i rozłożyć spłatę na okres 3 lat, a może udało by mi się sprzedać dom i oddać cały dług od razu. Jeżeli ktoś wie kto może mi pomóc to proszę o informację. Błagam o pomoc!

Zrozpaczona matka

Taras Magdalena


KATOLICKIE STOWARZYSZENIE

NIEPEŁNOSPRAWNYCH

 

Koło w Zdieszowicach
ul. Góry św. Anny 21 a

47 – 330 ZDZIESZOWICE

tel. 0 (prefix) 77/ 484.23.63

 

Poszukuje sponsorów dla swoich podopiecznych na zakupy wózków inwalidzkich i innego sprzętu medycznego i terapeutycznego.

 

Można skontaktować się z kołem telefonicznie lub listownie.


ANDRZEJ ZUBOWICZ

Dzisiaj chodząc dzisiaj po ulicach spotkałem Andrzeja, chłopaka dwudziestoparoletniego, który 6 lat temu źle skoczył do wody i od tego czasu ma sparaliżowane nogi. Na zdezelowanym wózku inwalidzkim jeździł od sklepu do sklepu i zbierał pieniądze na lepszy wózek. Oczywiście że otworzyłem i ja swój portfel. Porozmawiałem z nim trochę i pomyślałem, że mógłbym mu także inaczej pomóc, czyli ponownie zwrócić się do Was. Może i w jego wypadku pomoc i solidarność Internautów zaglądających na moją stronę okaże się efektywna i chłopak skazany na kalectwo zdobędzie przynajmniej porządny, inwalidzki wózek

Zapisałem sobie jego adres:
Andrzej Zubowicz
ul. Szpitalna 11
Limanowa

Jeślibyś chciał pomóc temu młodemu człowiekowi, to po prostu prześlij przekazem kilka złotych na jego adres. Jestem przekonany, że się ucieszy i podziękuje. Dla Ciebie być może nie jest to wielka kwota, ale dla niego, to sprawa być, albo nie być.


Co do maili z prośbą o krew, pieniądze na przeszczep, operację itp - z zasady odradzam dzwonienie na numery sieci Era. W ramach pewnej promocji posiadając u nich komórkę "zarabiamy" dodatkowe impulsy i smsy za odbieranie telefonów, nie dziwi zatem fakt iż większość takich pseudo- ważnych łańcuszków podaje numer zaczynający się na 0-602, 0-604 itd. Jeżeli dostaniecie maila który brzmi dość sensownie proponuje odpisać do tego kto to wysłał (o ile jesteśmy w stanie tego dociec, czasem podają email) lub wysłać mu sms'em (to jest zawsze możliwe) prośbę o podanie domowego numeru telefonu i swoich danych osobowych. Jeżeli otrzymacie numer w Wąchocku, Honolulu czy na 0-700 to sprawa jest jasna, jeżeli delikwent nie odpisze również jest jasna. Odmowa podpisania się pod apelem o pomoc swoim imieniem i nazwiskiem, używanie ksywy, zwrotów typu "dla niektórych jestem synem Anastazji P a dla innych dobrym kolegą" chyba również wyjaśnia sprawę, jeżeli ktoś jest uczciwy i rzeczywiście potrzebna mu pomoc na pewno nie będzie miał oporów przed ujawnieniem swojej tożsamości. W rzadkim zapewne przypadku gdyby okazało się że rzeczywiście nie jest to żart można rozesłać maila swoim bliskim znajomym z adnotacją że sprawdziliście i nie jest to spam. Ci znajomi znów (o ile Wam ufają) roześlą to do swoich bliskich znajomych itd. Technika owszem czaso i pracochłonna, ale przez szacunek do swoich kontaktów internetowych proponuje nie rozsyłać niczego nie sprawdzonego. Jeżeli rzeczywiście chcemy komuś pomóc to trzeba wygospodarować te parę minut na sprawdzenie czy nie jest to po prostu kretyński żart.